Języki

8
Lut

Zarządzanie terminologią, czyli jak usprawnić relacje klient/tłumacz

Dobre tłumaczenie powinno być przejrzyste, zrozumiałe oraz w pełni zgodne z tekstem źródłowym, jednak nie zawsze jest to uzależnione wyłącznie od tłumacza. Współpracy z klientem wymaga między innymi zarządzanie terminologią, ponieważ pojęcia fachowe, opisujące dany przedmiot mogą różnić się nie tylko między różnymi firmami, ale nawet w ramach jednego przedsiębiorstwa. Stworzenie spójnej, zrozumiałej dla wszystkich terminologii pozwala zatem zaoszczędzić cenny czas, a co za tym idzie – pieniądze.

Skutki braku spójnej terminologii

Potrzeba zarządzania terminologią wynika z postępu technologicznego oraz globalizacji, która wymaga tłumaczenia niekiedy bardzo skomplikowanych treści. Podczas tego procesu jednym z największych problemów jest wieloznaczność słów i terminów. Za jej sprawą dokument stworzony zgodnie ze sztuką może być niezrozumiały dla odbiorcy, który zamiast wykonywać swoją pracę musi dopytywać się innych pracowników, inne działy czy nawet biuro tłumaczeń, co tak naprawdę było zamysłem autora.

pytanie gif
Najwięcej problemów sprawiają tłumaczenia specjalistyczne. Jeżeli nieścisłość dotyczy folderu reklamowego, możemy potraktować to jako wpadkę, lecz jeśli dotyczy opisu lub instrukcji obsługi skomplikowanego urządzenia, błędy mogą okazać się dużo kosztowniejsze, a nawet niebezpieczne dla zdrowia i życia pracowników.

Dylemat nie tylko dla tłumaczy…

Tłumaczenia to tylko jedna z dziedzin, których dotyka zarządzanie terminologią. Dotyczy to również działów inżynierii i budownictwa, marketingu, zarządzania produktowego, szkoleń i wielu innych. Jak się okazuje, sporo firm sobie z tym nie radzi, na co wskazują chociażby wyniki badań przeprowadzonych przez tekom – największe, europejskie stowarzyszenie zawodowe poświęcone dokumentacji technicznej. Wynika z nich, że ponad 70 procent ankietowanych pracowników (głównie pracujących w przemyśle, ale również firmach z branży IT i usługowych) często spotyka się z różnym nazewnictwem tych samych części lub produktów w oficjalnych dokumentach. Większość z nich nie tylko dostrzega ten problem, ale również jest świadoma jego konsekwencji.

zarządzanie termnologią

Badaniem zostało objętych blisko 1000 pracowników w 2009 roku, ale mimo upływu czasu, z naszych doświadczeń wynika, że niewiele zmieniło się w tym zakresie – szczególnie w Polsce.

Trzymajmy się jasnych wytycznych!

Jeżeli zatem same firmy często nie potrafią sobie poradzić ze spójnością terminologii, jak może to zrobić biuro tłumaczeń pracujące na ich zlecenie? Najlepiej korzystając z jasnych wytycznych lub tworząc je, aby nie było wątpliwości co do pełnego zrozumienia końcowego przekazu. Temu właśnie służy glosariusz oraz tzw. style guide.

Glosariusz – co to jest i czemu warto go tworzyć?

Glosariusz to słownik skomplikowanych i specjalistycznych terminów używanych w danym przedsiębiorstwie lub jego oddziale, przetłumaczonych na konkretny język. Warto zaznaczyć, że obejmuje on przede wszystkim dokumentację techniczną i specjalistyczną, a nie marketingową. Tworzenie treści sprzedażowych wymaga bowiem polotu, co jest niewskazane w tekstach technicznych, gdzie panuje inna stylistyka i występuje wiele powtórzeń, ponieważ konkretna część musi być nazwana w taki, a nie inny sposób.

Jest to narzędzie niezwykle ważne w pracy tłumacza, a ujęte w nim zapisy powinny być dla niego „świętością”. Niestety, niektórzy są przekonani, że warto do niego zaglądać tylko wtedy, gdy istnieją pewne wątpliwości, co jest błędem w sztuce. Glosariusz nie zawiera luźnych podpowiedzi, lecz wytyczne, których należy w pełni przestrzegać, by tłumaczenie zawierało taką terminologię, jakiej życzy sobie klient. Poza tym, używając takich programów jak SDL Multiterm (który wchodzi w skład pakietu SDL TRADOS Studio) praca z glosariuszem jest przyjemna, efektywna i szybsza. Podstawy programu można zobaczyć na poniższym filmie:

Osobiście byłem świadkiem, jak w dwóch zakładach jednej firmy, te same komponenty maszyn nazywano zupełnie inaczej. Takie sytuacje niestety zdarzają się często.

Rafał Kwiatkowski, General Manager w Translax

Generalnie, w Polsce większość firm nie ma przygotowanych własnych glosariuszy, z wyjątkiem klientów korporacyjnych, którzy mają swoje wewnętrzne działy tłumaczeń i wiedzą, co oznacza borykanie się z problemami obejmującymi zarządzanie terminologią. Jeżeli natomiast są to klienci, którzy dopiero zaczynają przygodę z tego typu dokumentami, często oczekują od tłumaczy pomocy w ich stworzeniu. Przykładem firmy, która od dawna przygotowuje się pod kątem spójnej terminologii jest Microsoft. Już w 2008 roku (krótko po uruchomieniu i udostępnieniu usługi Microsoft Language Portal) Licia Corbolante, Senior Italian Terminologist firmy Microsoft przygotowała studium przypadku na temat zarządzania terminologią (kliknij obraz poniżej, aby otworzyć cały dokument w nowym oknie):

microsoft_glosariusz

Na tej stronie możemy wyszukiwać przygotowane przez Microsoft frazy – od ogólnych, do bardzo technicznych – we wszystkich kombinacjach pomiędzy blisko 100 językami.

Przygotowanie glosariusza. Jak to się odbywa?

Wiele biur tłumaczeń traktuje tworzenie glosariusza jako dodatkową usługę, ale Translax za przygotowanie tego dokumentu nie pobiera dodatkowych opłat (nie dotyczy tłumaczenia glosariusza), traktując to jako standard. Robimy to w dwojaki sposób, w zależności od potrzeb oraz planowanych terminów.

1. Glosariusz przed tłumaczeniem

Ta forma jest najlepsza, ale zajmuje nieco czasu. Przed tłumaczeniem „wyciągamy” z tekstu źródłowego terminologię fachową, aby zaproponować konkretne zwroty klientowi. On potwierdza, czy są to wszystkie terminy, które należy umieścić w dokumencie oraz czy nie usunąć pewnych zwrotów, ponieważ nie jest to terminologia fachowa, a tłumacz zaznaczył je asekuracyjnie. Następnie glosariusz jest tłumaczony i po raz kolejny wraca do klienta, do osoby technicznej, która nie musi być specjalistą pod kątem stylistyki czy gramatyki, lecz fachowcem znającym terminologię w swojej dziedzinie. Na tym etapie glosariusz jest autoryzowany lub ewentualnie są na niego nanoszone ostateczne poprawki i dopiero po zakończeniu tej pracy przystępujemy do właściwego tłumaczenia dokumentu źródłowego.

tworzenie glosariusza

2. Tworzenie spójnej terminologii po tłumaczeniu

Niestety, często zdarza się, że przed tłumaczeniem nie ma czasu na stworzenie glosariusza, ponieważ, jak to bywa w branży, terminy są „na wczoraj”. Wówczas ten proces się odwraca – po tłumaczeniu dokument w całości trafia do osoby technicznej ze strony klienta, aby naniosła poprawki w trybie śledzenia zmian. Na ich podstawie nasi tłumacze uzupełniają treść, zaznaczając, które słowa źródłowe odpowiadały wcześniej innym frazom i ustalając, czy były to zmiany zasadne. Po ostatecznej autoryzacji tworzymy glosariusz, którego trzymamy się przy kolejnych zleceniach dla danego klienta.

Istnieje wiele ciekawych książek i publikacji dotyczących zarządzania terminologią i terminografii.
M.in. klasyka:

z_htm1_hb

Handbook of Terminology Management: Basic aspects of terminology management

z_htm2_hb

Handbook of Terminology Management: Application-oriented terminology management”. Obie książki dostępne są w regularnej sprzedaży oraz w postaci elektronicznej np. w księgarni Google.

 

Z doświadczenia wiem, że nawet tłumacz z ponad 20-letnim doświadczeniem nie zachowa spójności terminologicznej w przypadku tłumaczenia kilkuset stron bez glosariusza.
Rafał Kwiatkowski, General Manager w Translax

Należy zwrócić szczególną uwagę na to, że po wykonanym tłumaczeniu istnieje możliwość przeprowadzenia automatycznej kontroli zgodności tłumaczenia z glosariuszem (nie ma takiej możliwości jeśli chodzi o style guide’y!), co pozwala na wyeliminowanie przeoczeń, czyli czynnika ludzkiego. Otrzymujemy wówczas gotowy raport z wykrytych niezgodności, który umożliwia szybkie poprawienie tłumaczenia zgodnie z wytycznymi. Oczywiście SDL Multiterm nie jest jedynym, słusznym narzędziem do zarządzania terminologią, jednak wchodzi w skład SDL Trados Studio (który jest najpopularniejszym na świecie programem wspomagającym prace tłumaczy) zatem otrzymujemy go w pakiecie – wystarczy go zainstalować i zacząć używać. Dobrą alternatywą jest Xbench. To genialne narzędzie, które umożliwia wiele interesujących konwersji glosariuszy między różnymi standardami, kontrolę spójności użytej w tłumaczeniu terminologii z tą, zawartą w glosariuszu oraz sprawdzenie tłumaczenie pod wieloma kątami, co jest w pełni konfigurowalne. Xbench jest kompatybilny z wieloma narzędziami typu CAT (computer-assisted translation, więcej: Wikipedia).

neley

Style guide – niezbędnik dla profesjonalnego tłumacza

Kolejny, ważny dla tłumacza dokument to tzw. style guide, czyli zestaw wytycznych dotyczących stylu pisania i projektowania dokumentów. Powinien być on stworzony dla każdego języka, na jaki zamierzamy tłumaczyć dokumentację. Najczęściej zawiera informacje, w jaki sposób budować zdania i podaje przykłady niepoprawnych zwrotów, których klient nie życzy sobie używać w swoich materiałach. Jego celem jest poprawa komunikacji oraz spójność przekazu w dokumentach tworzonych w ramach jednej firmy lub jednego działu.

styleguide

Style guide jest dokumentem, który liczy od kilkunastu do kilkudziesięciu stron. Im większa firma go tworzy oraz im bardziej skomplikowanej dziedziny dotyczy, tym więcej niuansów należy w nim zawrzeć, co przekłada się na jego rozmiar. Najgrubsze tego typu dokumenty, jakie widzieliśmy były tworzone przez takie firmy jak Lexmark, Caterpilar czy Volvo. Oczywiście Microsoft również mógłby zawstydzić wiele firm swoimi „niezbędnikami”. Style guide od Microsoft we wszystkich przygotowanych językach można pobrać z tej strony.

Ponad style guide przypisany do konkretnego języka Microsoft od dawna tworzy tzw. „główne wytyczne dotyczące stylu” swoich publikacji (również technicznych).

mmos_cover

Obecna, czwarta edycja została wydana w 2012 roku, a poprzednia w 2004 roku, więc najprawdopodobniej za kilka lat doczekamy się edycji piątej. Więcej na ten temat można przeczytać na stronie Microsoft dla Developerów.
Poza wskazówkami dotyczącymi stylu, publikacja zawiera leksykon ponad 1000 słów oraz fraz, alternatywnie dopuszczalne formy, wskazówki dotyczące formatowania tekstu, gramatyki oraz wiele ustandaryzowanych zaleceń.

Niechciane słowa

W przeciwieństwie do glosariusza, style guide dotyczy nie tylko tłumaczeń technicznych i specjalistycznych, ale również kreatywnych. Często zdarza się bowiem, że klienci życzą sobie, by ich dokumentacje marketingowe lub sprzedażowe były produkowane w konkretny sposób. Chcą unikać kolokwializmów lub konkretnych sformułowań i np. nie życzą sobie, by pisać, że ich produkty są tanie, ponieważ patrząc na psychologię społeczną jest to sformułowanie o zabarwieniu pejoratywnym. Świadomi klienci preferują zatem, by ich produkty były oferowane w korzystnych lub atrakcyjnych cenach. Tłumacz, który korzysta z tego typu wskazówek ma w gruncie rzeczy ułatwione zadanie, ponieważ ma dokładnie sprecyzowane założenia oraz wymagania, w związku z tym minimalizujemy ryzyko, że ostateczny tekst nie spełni oczekiwań klienta.

dobra robota gif

Zachodnie standardy vs. polskie realia

Zarządzanie terminologią to temat bardzo rozwojowy, a odpowiednie podejście do niego wymusza rynek. Po doświadczeniach na rynkach zachodnich widać bowiem, jakie problemy i reperkusje powstają wskutek braku budowania spójnej terminologii, zarówno w kwestii tłumaczeń, jak i komunikacji wewnątrz danego przedsiębiorstwa.

W Polsce problem jest powoli zauważany, ale często podchodzi się do niego z dystansem. Jesteśmy jednak przekonani, że warto się nim zająć i tworzyć dobrą praktykę, która pomoże zapobiec nieścisłościom oraz znacznie usprawni relacje między klientem i biurem tłumaczeń. Dlatego m.in. Translax oferuje sporządzenie glosariusza w standardzie swoich usług, co przekłada się na korzyści po obu stronach – wystarczy zaangażować się w proces, gdyż tworzenie glosariusza wymaga współpracy zarówno biura tłumaczeń, jak również klienta.

zarządzanie terminologią w tłumaczeniach

Mamy nadzieję, że nieco przybliżyliśmy Wam kwestie związane z zarządzaniem terminologią, problemy z tym związane oraz rozwiązania, które pomogą ich uniknąć. Jeżeli chcecie zgłębić temat lub macie pytania z tym związane, zapraszamy do kontaktu.

Bądź na bieżąco
Zostaw adres, a poinformujemy Cię o nowych wpisach na blogu (zwykle 1-2 w miesiącu).
Nie rozsyłamy SPAM-u, ani nie udostępniamy adresów firmom trzecim.
10
Lut

W domu czy w biurze, oto jest pytanie – czyli kilka słów o odwiecznym dylemacie

Naturalnie wszystko zależy od temperamentu i indywidualnych preferencji, lecz większość czytających te słowa (zwłaszcza, jeśli robią to niewyspani po weekendzie), zgodzi się, że niezwykle atrakcyjna wydaje się perspektywa pracy zdalnej. Nigdy więcej zrywania się skoro świt, odśnieżania samochodu, czy pędzenia na autobus. Nigdy więcej czekania w korkach. Praca w domu rzeczywiście może zdawać się spełnieniem marzeń, zwłaszcza jeśli rozważymy wszystkie uciążliwości związane ze sztywnym harmonogramem i pracą w biurze. Ale czy nie jest tak, że – jak to mówią Anglicy:

The grass is always greener on the other side of the fence”?

Być może praca jako Freelancer – wolny strzelec realizujący projekty na zlecenie – jawi się osobom zatrudnionym na etacie w zbyt różowych barwach? Może, jeśli bliżej przyjrzeć się zagadnieniu, niesprecyzowane zalety, w które, w powszechnej świadomości, obfituje praca w domu, nie są wcale spełnieniem marzeń?

Piżama czy garnitur? A może wystarczy, że przy laptopie?

Oba rozwiązania tego dylematu mają swoje wady i zalety. Należy też pamiętać, że nie tylko indywidualne predyspozycje definiują szanse na zostanie freelancerem, lecz również praca, którą wykonujemy – pracować zdalnie można tylko w określonych zawodach, takich jak: copywriter, tłumacz, grafik, informatyk, czy programista. Postęp technologiczny i nowe narzędzia ułatwiające pracę otworzyły możliwość zarabiania na życie (a nie tylko dorabiania!), jako freelancer również takim zawodom jak specjalista sprzedaży internetowej, księgowy i doradca w dziedzinie biznesu, finansów, ubezpieczeń, czy porad prawnych.

„Z danych REGON wynika, że w Polsce zarejestrowanych jest niemal 3 mln jednoosobowych działalności gospodarczych.”

Przyjrzyjmy się kilku różnicom między pracą w domu a w biurze. Dla ułatwienia, zrobimy to na przykładzie pracy tłumacza.

Tłumacz pracujący w biurze/zdalnie

Zalety pracy w biurze

Nie musisz martwić się o nowych klientów. Tym zajmą się twoi koledzy z działu reklamy i marketingu. W przeciwieństwie do freelancera wystarczy być dobrym w tłumaczeniach, nie trzeba posiadać żadnych uzdolnień interpersonalnych. Wystarczą ci punktualność i rzetelność. Każdy, kto pracował jako freelancer z pewnością doceni wygodę takiego rozwiązania. Bywa, że dobrzy tłumacze nie mogą pracować zdalnie, ponieważ brakuje im siły przebicia i umiejętności pozyskiwania nowych klientów. Niewątpliwą zaletą jest możliwość całkowitego skupienia się na twojej jedynej pracy – tłumaczeniu.

Nie tracisz czasu na budowanie relacji z klientem. Zatrzymanie klienta na przekór wysiłkom konkurencji, a więc walka o niego i ciągła rywalizacja to zadania czasochłonne,  jeśli spoczywają na barkach jednej osoby – i wszystkie te wysiłki nie są wcale łatwiejsze, niż pozyskanie nowych klientów. W przeciwieństwie do freelancera te aspekty nie wpływają na to jak inni oceniają nasz profesjonalizm.

Za nic nie płacisz. Jeśli nie liczyć kosztów transportu, praca to czysty zysk. Nie płacisz rachunków za prąd, ogrzewanie i wynajem lokalu biurowego. Tym wszystkim zajmuje się pracodawca. To także on dostarcza wszelkie wyposażenie, również drogie programy wspomagające tłumaczy i tworzące tłumaczeniowe bazy danych.

Stałe źródło dochodu, płatne urlopy i ubezpieczenie. Bez wątpienia masz pod sobą społeczną poduszkę amortyzującą wiele życiowych wstrząsów. Dla wielu będzie to największą zaleta pracy w domu. Freelancerzy mają nienormowane godziny pracy, jednakże spytajcie ich, kiedy mogą pozwolić sobie na  wakacje. Większość freelancerów musi dbać o swoją markę, więc kiedy dzwoni telefon, to oni zmuszeni są go odebrać. Nawet jeśli podejmą ryzyko i zdecydują się na tygodniowe wakacje na plaży, to zawsze z telefonem pod ręką i laptopem na kolanach.

Możesz zostać awansowany. Nie wspominając już o tym, że koledzy, z którymi pracujesz w zespole, mogą nauczyć cię wielu pożytecznych rzeczy. Z kolei nowe umiejętności otwierają kolejne drzwi kariery.

Stajesz się specjalistą w danej dziedzinie. Chociaż nic nie stoi na przeszkodzie, by freelancer odmówił przyjęcia zlecenia, w którym  nie czuje się pewnie, to zazwyczaj nie odmawia swoim klientom. Nigdy nie wiadomo, kiedy znowu pojawi się szansa na kolejny zarobek, dlatego odmowa w przypadku freelancera jest ryzykowna. Z kolei, jako pracownik biurowy, tłumacz może zazwyczaj wybrać wąską specjalizację. Tekstami z innych dziedzin zajmą się jego koledzy.

Masz dostęp do wszystkich materiałów referencyjnych. Jeśli zatrudnia cię solidna firma tłumaczeniowa i pracujesz w zespole, nigdy nie zabraknie ci materiałów referencyjnych. Twój pracodawca ufa ci w większym stopniu, niż freelancerom. Z tego powodu będziesz miał dostęp do całości lokalizowanych produktów, które nie znalazły się jeszcze na rynku. W przypadku  tłumaczeń gier komputerowych, będziesz mógł zagrać w grę, skonsultować swoje problemy z testerami i innymi tłumaczami. Freelancer często jest pozbawiony takiej możliwości. Może prosić o materiały referencyjne, ale nie zawsze zostaną mu one udostępnione. Co więcej, pracując w biurze możesz  na bieżąco konsultować się w sprawie wszelkich wątpliwości z klientem i project managerami. Ułatwiają to określone procedury i szablony raportowania błędów w lokalizowanych produktach.

Tłumacz, tłumacz i jeszcze trochę przetłumacz. Jak już wspomniano, praca w biurze, a tym samym w drużynie, sprawia, że wynosimy korzyści w postaci podziału obowiązków. Dla kogoś, kto chce zajmować się tylko tłumaczeniem jest to bardzo duża zaleta. Z kolei freelancer oprócz tego, że jest wykonawcą, musi być także biznesmenem. Główną przyczyną rezygnacji z pracy freelancera, jest znużenie koniecznością dbania o jej biznesowe aspekty takie jak marketing, promocja własnej marki, prowadzenie gospodarczych rozliczeń finansowych i zagadnienia prawne. Takie obowiązki mogą być męczące, jeśli nie masz charakteru przedsiębiorcy.

Możesz być freelancerem! No właśnie. Jeśli z zazdrością spoglądasz na to, co napisano w rubryce po prawej, pamiętaj, że dla freelancera znalezienie pracy w biurze nie będzie tak łatwe i szybkie, jak w twoim przypadku rozpoczęcie kariery freelancera. Istnieje wiele stron internetowych, na których czekają oferty dla tłumaczy lub grafików. Jeśli potrzebujesz paru groszy, możesz poszukać jakiegoś zlecenia w weekend. Jeśli masz doświadczenie i umiejętności, być może klient uzna, że jesteś odpowiednią osobą do tej pracy i cię zatrudni. Wtedy możesz pracować nawet w piżamie. Upewnij się tylko, że pozwala na to umowa, którą zawarł z tobą pracodawca!

Zalety pracy zdalnej

„Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem…”.

Chcesz wstać o 12? Nie ma problemu, o ile zdążysz zrealizować projekt w ustalonym terminie. Nie stracisz nerwów w korkach, nie stracisz czasu ani pieniędzy w celu dotarcia do pracy. Te dwie dodatkowe godziny, które inni wykorzystują na podróż, ty spędzisz na siłowni, czytając książkę, czy oglądając serial. Ze współczuciem będziesz patrzył na ludzi, którzy prowadza poranny wyścig z czasem, podczas gdy ty pijesz herbatę/kawę w zaciszu własnego domu. Freelancer jest swoim własnym szefem. Oczywiście czasem praca przeciągnie się na weekendy albo do późnych godzin nocnych, ale żaden freelancer nie może powiedzieć, że jest to niesprawiedliwe. Ponosisz całkowitą odpowiedzialność za swoją pracę, ale satysfakcja z dobrze wykonanego zlecenia jest ogromna.

Sam określasz, czym się zajmujesz. O ile nie jesteś w finansowych tarapatach i biznes idzie dobrze, możesz przebierać w ofertach. Wybierasz te najbardziej opłacalne, najłatwiejsze, najbardziej interesujące. To ty stawiasz kryteria i ustalasz warunki. Pracownik biurowy oczywiście nie może tego zrobić. Może specjalizować się w tłumaczeniu tekstów z określonej branży, lecz nie on podejmuje decyzję, czy przyjąć zlecenie. Jego jedyną możliwością jest wymóc na project managerze negocjację terminu z klientem, lecz określenie ostatecznych warunków znajduje się poza zakresem uprawnień tłumacza zatrudnionego na etat. W tym wypadku nie znajduje zastosowania sprawdzona wymówka freelancera: „Przykro mi, ale w tej chwili zajmuję się innym, dużym projektem”.

Elastyczny harmonogram. Nie da się ukryć, że osiem godzin w biurze do pewnego stopnia wymusza określony tryb życia. Z kolei jako freelancer masz pod tym względem większą elastyczność. Możesz zabrać laptop w niekończącą się podróż dookoła świata i pracować w autobusach, którymi podróżujesz od jednej turystycznej atrakcji do drugiej. Pracujesz wtedy, gdy potrzebujesz pieniędzy na kolejny bilet. Należy jednak pamiętać, że ta wizja (wspaniała dla osób kochających podróże), jest ograniczona koniecznością nieprzerwanego budowania własnej marki i walki o zdobycie oraz zatrzymanie klienta. Jako freelancer pracujesz za dwie osoby: wykonawcę i menadżera.

Pracujesz szybciej… a może wolniej? Ile osób, tyle opinii, jeśli chodzi o efektywność pracy zdalnej. Niektórzy twierdzą, że w domu łatwiej przychodzi im się skoncentrować, niż w biurze, gdzie rozpraszani są przez rozmowy ze współpracownikami. Z kolei ich przeciwnicy w tym sporze twierdzą, że to właśnie dom jest siedliskiem wszelkiego rodzaju rozpraszaczy, co z kolei prowadzi do zmniejszenia produktywności i „pracy po godzinach”. Szczególnie przekonani o słuszności tej racji są rodzice. I posiadacze kotów.

Zaszyj się w domu i nie wychodź.

Jeśli masz charakter introwertyka, lubisz ciszę i spokój, a w towarzystwie innych ludzi nie czujesz się najlepiej, zostanie freelancerem będzie idealnym rozwiązaniem twoich problemów. Nigdy więcej nie będziesz już musiał znosić humorów swoich współpracowników. Właściwe nigdy więcej nie będziesz już musiał spotykać się z ludźmi. Jako freelancer możesz wieść życie pustelnika z dostępem do Internetu. Pamiętaj tylko, żeby wychodzić czasem z domu i złapać trochę witaminy D, żeby nie wystraszyć swojego księgowego, gdy już będziesz zmuszony go odwiedzić – freelancerzy najczęściej zlecają prowadzenie księgowości zewnętrznym biurom rachunkowym.

image2

Powyższe przykłady oczywiście nie wyczerpują tematu, lecz w pewien sposób rzucają światło na główne zalety pracy w biurze i pracy zdalnej. Można jeszcze wspomnieć o wielu innych aspektach i różnicach. Jednakże podjęta przez nas decyzja zawsze w największym stopniu oparta będzie na osobistych preferencjach. Dla jednych większe znaczenie ma bezpieczeństwo i stabilizacja, dla innych wolność do podejmowania własnych decyzji, niezależność i nieokreślone godziny pracy.

Trudno stwierdzić, który model jest popularniejszy. Niektóre badania wskazują, że co czwarty z freelancerów, to tak naprawdę pracownik etatowy, dorabiający sobie poprzez realizację różnych projektów z zakresu tłumaczeń lub najczęściej grafiki bądź programowania. Jednakże większość z nich nie pracuje więcej niż w wymiarze ośmiu godzin dziennie. Wśród powodów rozpoczęcia kariery freelancera, najczęściej wymienia się szansę rozwijania swoich pasji poprzez pracę, a także swobodę, jeśli chodzi o czas pracy i podejmowanie decyzji. W największym stopniu sen z powiek spędza freelancerom konkurencja ze strony wykonawców zaniżających stawki (jeśli chodzi o tłumaczenia, zwłaszcza przodują w tym studenci filologii obcych, chcący dorobić sobie poprzez wykonywanie tanich i najczęściej kiepskich tłumaczeń), nieuczciwi klienci oraz wygrywanie zleceń na nowe projekty.

image3

Jak widać, życie freelancera nie jest tak różowe, jak mogłoby się wydawać. Nic dziwnego – ciągła walka jest wpisana w etymologię tego słowa. Po raz pierwszy użył go Walter Scott w powieści historycznej Ivanhoe z 1819 roku. Opisywał nim najemnika posługującego się lancą. Dzisiaj broń do walki wręcz zastąpiły laptopy, a na internetowych polach bitew może i nikt nie umiera, ale los freelancera pozostaje trudny.

A co na to klient?

Najważniejsze w pracy, nieważne czy jest ona wykonywana w domu czy w biurze, jest jej efektywność. Klienci poszukujący stałej współpracy z usługodawcą oferującym wykonywanie tłumaczeń, powinni wziąć pod uwagę wielu czynników i na ich podstawie zdecydować, czy preferują ofertę freelancera, czy profesjonalnych firm tłumaczeniowych. Podjęcie decyzji ułatwi lektura tego artykułu.

A co z ofertami firm, które tłumaczą wszystkie języki świata? Oczywiście takie firmy preferują model mieszany, czerpiąc to, co najlepsze, z obu światów. Model biurowy, który miałby opierać się na stworzeniu przestrzeni pracy dla ponad 150 tłumaczy (jeśli założyć, że każdy z nich obsługiwałby tylko jedną parę językową) wymagałby ogromnych nakładów sił i środków. Stworzenie biblijnej wieży Babel nie jest oczywiście potrzebne, żeby oferować usługi najwyższej jakości. Z drugiej strony nie można jednak ograniczać się do tłumaczenia tylko kilku najpopularniejszych języków. Takie rozwiązanie nie stwarza oferty zdolnej zadowolić większości, nawet indywidualnych klientów.

Firma Translax czerpie z wiedzy i umiejętności specjalistów z całego świata, ale zatrudnia także  doświadczone zespoły tłumaczy etatowych. Każdy tłumacz przechodzi testy w celu określenia, czy spełnia normy wytyczone przez firmę. Wybór takiego rozwiązania pozwala świadczyć szeroki wachlarz usług, a przy tym wykonywać tłumaczenia, lokalizacje i internacjonalizacje w sposób szybki i zgodny z najwyższymi normami jakości, nad którymi czuwają project menadżerowie i native speakerzy.

Ostatecznie liczy się efekt

Tak naprawdę, kiedy praca już skończona, nie ma znaczenia, gdzie czy przez kogo została wykonana. Najważniejsze jest to, że jej efekt odpowiada potrzebom klienta i satysfakcjonuje go do tego stopnia, że klient w przyszłości ponownie skorzysta z naszych usług. Ale odpowiedź na pytanie, czy chcę zostać freelancerem, czy pracownikiem na etacie, każdy musi znaleźć sam. A dopiero po tym, gdy zdobędzie już doświadczenie w jednym i drugim systemie, będzie mógł stwierdzić, po której stronie płotu trawa jest bardziej zielona.

23
Sty

Rynek tłumaczenia filmów – kontrowersje i perspektywy

Odwieczny konflikt między zwolennikami filmów z dubbingiem, a fanami filmów z napisami chyba nigdy na dobre nie zostanie rozwiązany. Nie da się jednak ukryć, że ci drudzy są w lepszej sytuacji – w kinach wszystkie filmy są z napisami, a dubbing generalnie zarezerwowany jest dla filmów animowanych lub dla dzieci. Czasami dopiero po kilku latach ten sam film dostępny jest zarówno w wersji z napisami, jak z dubbingiem. Skąd wziął się prymat filmów z napisami i jak wygląda rynek tłumaczeń?

Kto tłumaczy filmy i jak powstaje dubbing?

Tłumaczenia dzielą się na dwa rodzaje – profesjonalne i amatorskie. Oglądając filmy na platformach filmowych bardzo często możemy dostrzec błędy ortograficzne lub stylistyczne. Oczywiste jest, że takie tłumaczenie nie zostało wykonane przez absolwenta wyższej szkoły filmowej, a co najwyżej studenta. Oprócz tego istnieje stały podział na tłumaczenie filmów związane ze stworzeniem napisów oraz nagraniem dubbingu. Dubbing jest bez wątpienia bardziej skomplikowany niż napisy do filmów – jest tożsamy z nagraniem nowej ścieżki dźwiękowej do filmu, co z kolei oznacza wyższe kwoty całego przedsięwzięcia.

recording-studio-1231072

Plusy i minusy pracy tłumacza

Praca tłumacza tekstów kultury, niezależnie czy jest to książka, czy film, nie należy do łatwych. Oprócz perfekcyjnej znajomości języka obcego należy również orientować się w historii kultury, bez trudu odnajdywać powiązania i zależności intertekstualne, a czasami wykazać się własną artystyczną inicjatywą. Tłumacz filmów jest również pod stałą presją związaną z surową oceną jego pracy przez tysiące lub miliony osób oglądających film, czasami należący do ich ulubionego, świętego niemal gatunku czy reżysera.

Wystarczy przypomnieć sobie, ile kontrowersji wywołało przetłumaczenie tytułu Dirty Dancing na Wirujący Seks.

Tłumacz, na którego spadają gromy krytyki musi być bardzo odporny psychicznie. Z drugiej strony satysfakcja z wykonanej pracy, przyjemność związana z oglądaniem filmów może rekompensować wszystkie trudy.

Perspektywy rynku tłumaczeń

Znajomość języka angielskiego wciąż nie jest powszechna, a umiejętność rozumienia ze słuchu jest jedną z najtrudniejszych, więc nawet zdane certyfikaty językowe nie gwarantują pełnego zrozumienia sensu poszczególnych zdań w filmie. Poza tym, choć amerykańska kinematografia wciąż dominuje, to dobrze mają się również filmy francuskie, czeskie czy skandynawskie. Co ciekawe, w kilku europejskich krajach znajomość języka angielskiego jest tak powszechna, że rynek tłumaczenia angielskich i amerykańskich filmów właściwie nie istnieje. Należą do nich państwa skandynawskie – Szwecja, Norwegia i Finlandia. Złośliwi twierdzą, że ojczysty język w tych państwach jest tak trudny w wymowie, że nie chodzi tu o świetny system szkolnictwa i ambicje młodych Skandynawów, a fakt, że zwyczajnie wolą oni używać łatwiejszego w wymowie i gramatyce angielskiego. Jeśli lekcje języka angielskiego w polskich szkołach będą wyglądać tak, jak obecnie, to tłumacze amerykańskich filmów nie muszą bać się o pracę – na pewno nie prędko jej zabraknie.

22
Gru

Wigilia, procenty, złotówki i lata

photodune-5868038-christmas-s

Święta, sprzątanie, gotowanie, choinka, karp, goście, opłatek, prezenty, pierniki. Sylwester, zabawa, szampan, karnawał, Nowy Rok, fajerwerki, przyjaciele, życzenia i… I potem znów szara rzeczywistość. Ach, jak dobrze znamy ten scenariusz! Ale w tym roku, oprócz niedopasowanego swetra, resztek ciasta, dodatkowych kilogramów i szumu w głowie zachowajmy z tego radosnego okresu coś jeszcze! Mamy dla Was kilka gramatycznych porad na okres świąteczny, które mogą przydać się w każdej chwili.

Jak powszechnie wiadomo, święta się zarówno przeżywa, jak i przeżuwa. Polską tradycją jest zastawianie stołu wigilijnego dwunastoma potrawami. Smażony karp, śledzie, kapusta, barszcz z uszkami… Co roku gospodynie domowe i równie domowi gospodarze przeżywają w kuchni istny horror, nie wiedząc od czego zacząć to wielkie gotowanie. Niestety nie poradzimy jak upiec idealny piernik, ale podpowiemy jak prawidłowo czytać niektóre elementy przepisów kucharskich;

Dodać 5g proszku do pieczenia

Bardzo często tak zapisane jednostki wagi przysparzają nam problemów. W tym przypadku dopuszczalne są obie powszechnie występujące w użyciu formy, czyli „pięć gram”, jak i „pięć gramów”. Warto jednak wiedzieć, że forma „pięć gram” jest potoczna, natomiast „pięć gramów” – już bardziej oficjalna i akceptowalna. Jeśli więc gotujecie w towarzystwie teściowej, wiecie jak czytać.

Przesiać 1.5 szklanki mąki pszennej

Pojawia się odwieczne pytanie o to, czy czytamy „półtora”, czy „półtorej”? Zasada jest bardzo prosta: 1,5 w połączeniu z rzeczownikami rodzaju męskiego w dopełniaczu zawsze czytamy jako „półtora” (np. półtora litra, półtora kilo, półtora ziemniaka), natomiast „półtorej” występuje w połączeniu z rzeczownikami rodzaju żeńskiego w dopełniaczu (np. półtorej szklanki, półtorej miski, półtorej głowy kapusty).

3.5 kg twarogu podwójnie mielonego

W przypadku takiego ułamku o formie rzeczownika decyduje liczebnik ułamkowy. Czyli jeśli mamy 3.5 kg twarogu, czytamy to jako „trzy i pół kilograma twarogu”, a nie „trzy i pół kilogramy twarogu”. Podobnie np. dwa i „pół tygodnia temu”, a nie „dwa i pół tygodni temu”, „sześć i pół miesiąca temu”, zamiast „sześć i pół miesięcy temu”, czy „czeka już trzy i pół dnia”, zamiast „czeka już trzy i pół dni”.

Poczekać, aż ciasto zwiększy swoją objętość x 2.5

Wyjątkiem od wyżej opisanej reguły jest mnożenie ilości. Czytamy wówczas „dwa i pół razy większe”, a nie „dwa i pół raza większe”. Ot, taka naszego języka specyfika.

Po 0,5h wyciągnąć z piekarnika

Jeśli coś wydarza się przed 30 minutami, albo po 30 minutach, możemy powiedzieć, że wydarzyło się „przed pół godziną”, albo „po pół godzinie”. W przypadku czasu, nasze „pół” zachowuje się tak, jakby go nie było. Mówienie, że coś miało miejsce „przed pół godziny” jest najzwyczajniej w świecie błędne.

Drożdże rozpuścić w 0,5 szklanki ciepłego mleka

Jeżeli „pół” wchodzi w związek z przyimkiem i rzeczownikiem, to forma rzeczownika jest dopełniaczowa. Mówimy wówczas, że drożdże rozpuszczamy „w pół szklanki wody”, a nie „pół szklance wody” (bo ciasto zamierzamy wsadzić do piekarnika o „w pół do drugiej”, żeby wszystko było gotowe na czas).

Czas kupowania prezentów.

Coroczne rajdy po sklepach, tłumy w galeriach handlowych czyli świąteczne szaleństwo zakupów… Na pewno spotkaliście się choć raz ze stwierdzeniem, że coś kosztowało „50 złoty”, prawda? Pamiętajcie, że skoro mamy „jeden złoty”, „dwa złote” i „trzy złote”, to w rezultacie mamy „pięć złotych” i przy odrobinie szczęścia pomnażamy je do chociażby „stu złotych”. I bynajmniej, nie chodzi tutaj o matematykę, ale o istotną końcówkę „ch” na końcu jednostki walutowej, którą bardzo często (nie wiedzieć czemu) pomijamy! I nie jest to jedynie kosmetyka. Pominięcie w tym kontekście końcówki to poważny błąd językowy.

Na zabawie sylwestrowej zazwyczaj nie brakuje nam…Procentów i (w efekcie) promili. Uwaga! Treści nieodpowiednie dla osób poniżej 18 roku życia!

Przy liczebnikach oznaczających całości, takich jak na przykład 10, 15, 25, w mianowniku, dopełniaczu i bierniku występuje tylko forma „procent”. Np. „Pięć procent populacji tego gatunku to albinosy”, „pięćdziesiąt procent uczniów w naszej szkole to chłopcy”, „zabrakło nam trzech procent głosów”.

Jeżeli zaś rozpatrujemy sprawę pozostałych przypadków, czyli celownika, narzędnika i miejscownika, to rzeczownik „procent” przybiera konkretne końcówki. Przykładowo „podamy dwóm procentom”, „posłużymy się trzema procentami”, „mówimy o stu procentach”.

Jeśli zaś rozważamy sprawę w perspektywie liczebników ułamkowych, to we wszystkich przypadkach występuje forma „procent”. Czyli wówczas mówimy: „trzy i pół procent”, „trzech i pół procent”, „trzem i pół procent”.

Kiedy rozważamy „jeden procent” w dopełniaczu, wyjątkowo możemy użyć dwóch form: „procentu” albo „procenta”. Obie formy są wówczas poprawne.

„Promile” w połączeniu z liczebnikami oznaczającymi całości we wszystkich przypadkach odmieniamy. Jeśli zaś znajdujemy je w dopełniaczu i bierniku mamy dowolność – możemy je odmieniać, lub nie. Tym sposobem poprawne jest zarówno zdanie „biesiadnik miał pięć promili alkoholu we krwi”, jak i „biesiadnik miał pięć promil alkoholu we krwi”. W połączeniu z liczebnikami ułamkowymi promile pozostają odmienne we wszystkich przypadkach.

Nierzadko i daty sprawiają nam pewną trudność.

Wigilia to oczywiście 24.12.2014. Czytamy „dwudziesty czwarty grudnia dwa tysiące czternastego roku”, a nie „dwudziestego czwartego grudnia dwutysięcznego czternastego roku”. Należy tutaj zwrócić uwagę na dwie zasadnicze pułapki w tej dacie; Przede wszystkim mówimy „dwudziesty czwarty grudnia”, a nie „dwudziesty czwarty grudzień”, ponieważ zapis 24.12. to po prostu skrót, który mówi o „dwudziestym czwartym [dniu] grudnia”. Odnośnie 2014 roku, ważne jest, że jest to „dwa tysiące czternasty rok”, a nie „dwutysięczny czternasty”. Dlaczego? Analogicznie moglibyśmy mówić, że coś zdarzyło się w „tysięcznym dziewięćset dwudziestym roku”, zamiast „tysiąc dziewięćset dwudziestym”, a przecież tak nie mówimy… Być może błędna forma „dwutysięczny czternasty” to echo roku 2000, czyli „dwutysięcznego”, który wyjątkowo mogliśmy tak nazywać?

I jeszcze na koniec, pamiętajcie, że każda okazja jest dobra, żeby dbać o swój ojczysty język: A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają.

8
Gru

Zażółć gęślą jaźń Mężny bądź chroń pułk Twój i sześć flag

Chodzi mi o to, aby język giętki
Powiedział wszystko, co pomyśli głowa:
A czasem był jak piorun jasny, prędki,
A czasem smutny jako pieśń stepowa,
A czasem jako skarga nimfy miętki,
A czasem piękny jak aniołów mowa…
Aby przeleciał wszystka ducha skrzydłem.
Strofa być winna taktem, nie wędzidłem.

(Juliusz Słowacki, Beniowski. Poema – fragment)

No właśnie. „Język”, nie „jezyk”. „Giętki”, nie „gietki”. Te wszystkie kropki, kreski, ogonki to elementy najbardziej charakterystyczne dla naszego języka ojczystego. „Ą”, „ę”, „ż”, „ś”, „ź” to znaki diakrytyczne – krytycznie przez nas ostatnimi czasy zaniedbywane. Sami przyznajcie – czy używacie typowych dla języka polskiego liter podczas pisania smsów, e-maili, wypowiedzi na chacie? Według badania ARC Rynek i Opinia w większości przypadków komunikacji tymi kanałami nie korzystamy ze znaków diakrytycznych. Dlaczego tak się dzieje? Jest parę powodów. Najczęściej taka niedbałość jest podyktowana najzwyklejszym wygodnictwem. Pisanie smsa to znacznie szybszy i wygodniejszy proces, gdy pominiemy dodawanie polskich liter diakrytyzowanych. Jeszcze kilka lat temu powodem była też bariera technologiczna. Niektóre z urządzeń mobilnych nie posiadały czcionek wzbogaconych o tego typu litery. Dzisiaj tablety i telefony co raz częściej posiadają charakterystyczne dla różnych języków alfabety. Podczas gdy jesteśmy w stanie zrozumieć i wytłumaczyć pośpiech i brak biegłości technologicznej, to są kwestie, które spędzają nam sen z powiek. Pośród najczęściej wymienianych przez badanych powodów, dla których nie używamy polskich liter diakrytyzowanych jest argument co najmniej przerażający – po prostu nie widzimy potrzeby ich używania.

Jeśli w Internecie niedługo znajdziemy „Pana Tadeusza” bez polskich znaków, to ja się wcale nie zdziwię, ale będzie mi smutno.”

Prof. Jerzy Bralczyk

Nie widzimy potrzeby? Jak to: nie widzimy potrzeby?!

diakrytykiPolski alfabet ma 32 litery i aż dziewięć z nich to litery diakrytyzowane. Najczęściej używaną pośród polskich liter diakrytyzowanych jest litera „ż”. Prawie równie często wykorzystujemy literę „ó”. Niestety nie dbamy o poprawną polszczyznę częściej, niż nam się wydaje! Znaki te pomijane są nie tylko we wspomnianych już wypowiedziach pisemnych, takich jak e-maile, smsy, lecz także w komentarzach pisanych w serwisach społecznościowych, wypowiedziach na blogach internetowych, podczas wypełniania ankiet i korzystania z chatów. Najczęściej pozwalamy sobie na taką dezynwolturę w kontaktach z partnerami, przyjaciółmi i rodziną. Jesteśmy jednak dbali o poprawną pisownię podczas komunikowania się z przełożonymi, czy wykładowcami.

Język polski ciągle ewoluuje. Jednak moim zdaniem nie zawsze są to zmiany na lepsze. Dziś dużym zagrożeniem dla polszczyzny jest skłonność do nieużywania charakterystycznych polskich liter. Im częściej będziemy pisać na przykład esemesy bez znaków diakrytycznych, tym większe prawdopodobieństwo, że „ąści” szybko z naszego języka znikną. Tego bym niezwykle żałował, to byłoby naprawdę duże zubożenie. Uważam, że język polski jest ą-ę i tak powinno zostać. Używajmy polskich znaków za każdym razem, gdy wysyłamy SMS lub e-mail.

prof. Jerzy Bralczyk

Skąd wzięły się znaki diakrytyczne?

Litery diakrytyzowane są charakterystyczne dla języków słowiańskich w których wykorzystuje się alfabet łaciński, czyli m. in. w języku polskim, czeskim, słoweńskim i chorwackim. Pionierem znaków diakrytycznych był już w XIV wieku język czeski, dopiero około dwieście lat później dołączył do niego język polski. Pierwsze zmiany w zapisie w naszym ojczystym języku trafiły na tzw. „złoty wiek” kultury polskiej (w tym drukarstwa). Polscy pisarze i wydawcy podczas forsowania przekształcenia pisma wzorowali się na reformie czeskiego kleryka Jana Husa, który skutecznie zaimplementował w kulturze swojego kraju litery odpowiadające specyficznym dla języka fonemom. Zamiast używania różnych kombinacji liter na oznaczenie typowych dla języka dźwięków zaproponowano znaki diakrytyczne, które znacznie ujednoliciły pismo i znacznie uprościły jego użytkowanie. Autorami pierwszych propozycji reform ortografii polskiej byli Stanisław Zaborowski, Jan Seklucjan, Stanisław Murzynowski i Jan Kochanowski. Najważniejszym podręcznikiem ortografii stał się „Nowy karakter polski (…) y orthographia polska”, opublikowany w 1594 roku przez pisarza, humanistę, i zarazem drukarza i wydawcę, Jana Januszowskiego.

A co z akcentowaniem?

Wiemy już jak istotna jest dla kultury języka dbałość o zapis wszelkich znaków diakrytycznych. Równie ważnym elementem poprawnej polszczyzny jest wymowa. Wiemy, że wyraźne akcentowanie charakterystycznych dla języka głosek jest hiperpoprawne, czyli błędne. Dlatego mówimy bardziej „pisze”, zamiast „piszę”, „robie”, zamiast „robię”, czy „myśle”, zamiast „myślę”. Należy jednak zaznaczyć, że wyraźne akcentowanie „e” (na końcu czasownika, w odniesieniu do pierwszej osoby) w takich przypadkach również jest błędem! Mogłoby się to przyczynić do zatarcia różnicy między pierwszą i trzecią osobą liczby pojedynczej w gramatyce języka. Językoznawcy w tej kwestii zgodnie proponują złoty środek, czyli „nosowe” wypowiadanie końcówek.

Nie jestem przekonany, że dążenie do globalizacji powinno się objawiać rezygnowaniem ze znaków diakrytycznych. Myślę, że zachowanie tych znaków nie tylko nie jest przejawem ksenofobii, ale jest kwestią pewnej konsekwencji i słusznie założonej relacji między tym, co mówimy i co piszemy.

Prof. Jerzy Bralczyk

Błaszczykowski, czy Blaszczykowski? Lodz, czy Łódź?

W czym objawia się dbałość o język polski? Nie ograniczajmy poprawności do lokalnego podwórka. Nasz język jest szczególny na arenie międzynarodowej, nie możemy rezygnować z jego charakteru. Nie dalej jak pół roku temu mieliśmy oglądać emocjonujące mecze na mistrzostwach świata w piłce nożnej. Zwróciliście uwagę na poprawność zapisu nazwisk piłkarzy na koszulkach? We wrześniu bieżącego roku organizowaliśmy w Polsce (nota bene wygrane dla nas) mistrzostwa świata w piłce siatkowej mężczyzn. Mecze rozgrywały się m. in. w Łodzi – musimy przyznać, że poprawny zapis nazwy tego miasta mógł być kłopotliwy dla międzynarodowych transmisji…

Pamiętajmy – nie rezygnujmy z diakrytów. W światowym obiegu nie możemy oczywiście wymagać od wszystkich narodów nauki języka polskiego – międzynarodową komunikację opieramy na bardziej uniwersalnych językach, na przykład na języku angielskim. Pamiętajmy jednak, że język polski jest pełnoprawnym językiem Unii Europejskiej, jednym z sześciu języków, które mają tłumaczenia kabinowe w instytucjach UE. Jeżeli tylko możemy go używać – używajmy go i dbajmy o jego poprawność.

19
Lis

Najprzyjemniejsza strona języka japońskiego

Ale nie uciekajcie w popłochu, nie będzie karkołomnego kursu języka japońskiego. Będzie łatwo i przyjemnie! Chcemy napisać o sushi.

To popularne ostatnio w Europie jedzenie pochodzi (wbrew pozorom) z Chin. Nare – zushi, bo tak się nazywała jego pierwotna wersja, to sposób konserwowania ryb przy pomocy słonego ryżu –dzięki niemu mięso po kilku dniach fermentowało – stąd nare, które oznacza „dojrzałe”. Ryż nie był wówczas zjadany, a mięso nadawało się do spożycia nawet przez rok. W ciągu kilku stuleci moda na nare – zushi rozpowszechniła się w całej wschodniej części Azji.

Wiemy, że pierwsze udokumentowane wzmianki o późniejszej formie sushi, czyli seisei – sushi pochodzą z VIII wieku z Japonii. Prawdopodobnie było ono wynikiem transformacji nare – zushi. Japończycy po prostu byli niecierpliwi – zaczęli zjadać mięso jeszcze przed tym, jak zaczęło fermentować. Ponoć z oszczędności zaczęli jeść również ryż. Z czasem kultura Japonii wypromowała haya-sushi – czyli połączenie nie tylko ryb i ryżu, ale też i warzyw, octu, owoców morza, suszonych składników.

Sushi, które znamy dzisiaj wyewoluowało stosunkowo niedawno, bo w XIX wieku w Tokio. Wciąż spieszący się Japończycy nie mieli czasu na przygotowywanie własnych posiłków – na ulicach zaczęły pojawiać się stragany z jedzeniem na wynos. Wtedy pojawiło się m. in. nigiri-sushi, czyli kluska ulepiona z ryżu z kawałkiem ryby na wierzchu.

Anegdotą do dzisiaj jest to, że klienci straganów z sushi wycierali po jedzeniu ręce w kurtynę zawieszoną nad takim straganem. Im brudniejszy był jej materiał, tym lepiej świadczył o jedzeniu, które się tam serwuje. Brudny materiał był wyznacznikiem popularności.

Nie będziemy Was nudzić już historią. Pora na słówka – czy wiecie, że znane Wam nazwy elementów sushi, jak np. Nigiri, Futomaki albo Chirasushi mają dosłowne znaczenie? Pora przyswoić sobie trochę ciekawego słownictwa, by później zabłysnąć na obiedzie ze znajomymi:

Nigirizushi 握り寿司 – czyli Sushi formowane ręką. Jest to najpopularniejszy rodzaj sushi. Jak już wcześniej wspomnieliśmy, jest to kulka ryżu z plastrem rybiego mięsa. Czasami można spotkać nigiri oplecione paskiem wodorostu nori.

Gunkanmaki 軍艦巻 – w dosłownym tłumaczeniu zwój łodzi bojowej – podobnie jak w przypadku nigiri, jest to kulka ryżu, jest ona jednak owinięta w wodorosty nori w taki sposób, że tworzy łódeczkę. Góra przykryta jest drobnymi składnikami jak na przykład ikra łososia.

Temarizushi 手まり寿司 – czyli po prostu kulka sushi. Jest to najzwyklejsza kulka ryżu ugnieciona z kawałkami ryby.

Makizushi 巻寿司 – zwijane sushi albo Makimono 巻物 – różne zwoje , przygotowuje się poprzez zwinięcie szerokiego kawałka wodorostu wraz z rybą i warzywami. Utworzony wałek kroi się na węższe, lub cieńsze elementy, które zależnie od ich szerokości nazywamy Futomaki 太巻 – grube zwoje, Hosomaki 細巻 – cienkie zwoje.

By rozróżnić nadzienie makizushi wyróżniamy:

Kappamaki 河童巻 – w dosłownym tłumaczeniu zwój z ogórkiem (zazwyczaj hosomaki z ogórkiem)

Tekkamaki 鉄火巻 czyli po prostuzwoje z kasyna (hosomaki z surowym tuńczykiem; z japońskiego tekkaba, to kasyno). W kasynach, gdzie podawano sushi gracze chcieli unikać lepiących się od ryżu rąk – specjalnie dla nich zaczęto wykorzystywać nori do zwijania składników w zgrabne, niebrudzące rolki – stąd nazwa.

Temaki 手巻 – czyli ręczne zwoje sushi to wodorost nori formowany w kształt stożka wypełniany jest różnymi składnikami. Temaki można jeść palcami, ponieważ ten rodzaj sushi nie jest odpowiednio wyważony do użycia pałeczek.

Uramaki 裏巻 sushi rolowane na odwrót – rolka sushi podobna do makizushi, z tą różnicą, że ryż znajduje się na zewnątrz wodorostu. Ponoć uramaki zostały stworzone specjalnie dla zachodnich turystów, którzy nie tolerowali smaku i konsystencji nori. Japończycy sprytnie schowali wodorost pod warstwę ryżu i przechytrzyli turystów.

Oshizushi 押し寿司 – zduszone sushi, czyli specjalność regionu Kansai w Japonii. Jest to sushi o formie prostopadłościanu uzyskanej przez ściskanie warstw warzyw, ryb i ryżu w drewnianej formie o nazwie Oshibako.

Inarizushi 稲荷寿司 , czyli mówiąc prościej: wypchane sushi. Ze spieczonego tofu, albo cienkiego omleta tworzy się „torebkę” w którą po prostu wpycha się nadzienie z ryb i warzyw.

Chirashizushi ちらし寿司, co oznacza rozdrobnione sushi – to nic innego, jak miska z ryżem z dodatkiem warzyw i ryby. Zależnie od regionu Japonii wariacje dotyczące składu chirashizushi mogą się zmieniać.

Czego mamy się spodziewać przy stole zastawionym sushi?

Elementem nieodzownym są pałeczki, czyli 箸hashi – w wersji eleganckiej będą to zrobione z drewna (lub też bambusa, porcelany, plastiku, drewna, kości) wyszlifowane i ozdobione drążki. W wersji bardziej ekonomicznej – jednorazowe, bambusowe waribashi 割箸.

Przy stole konieczna jest podstawka do pałeczek zwana Hasioki lub hashi-oki, na którą bezwzględnie trzeba odkładać pałeczki, gdy skończy się jeść sushi.Swoją drogą, to z tej nazwy na pewno śmieją się teraz Ślązacy… 😉

Na koniec czujemy się w obowiązku również przypomnieć, czego nie wypada robić przy japońskim stole. Z tego, co wyczytaliśmy, granicą tabu są właśnie pałeczki. Praktycznie wszystkie najgorsze i najbardziej bulwersujące faux-pas możemy popełnić przy pomocy hashi. Japończycy mają kulturowo rozwiniętą wrażliwość na gesty i zachowanie innych osób. Oni sami najczęściej komunikują swoje emocje nie poprzez słowa, ale czyny – dla nich pozornie nieważne skinienie nasycone jest klarowna i zrozumiałą treścią.

Żeby nie było tak łatwo, tutaj również zaserwujemy Wam parę nowych słówek:

utsushi-bashi – podawanie jedzenia innym osobom za pomocą pałeczek

neburi-bashi – oblizywanie pałeczek

hotoke-bashi – wbijanie pałeczek w miseczkę ryżu (w Japonii oznacza to ofiarowanie jedzenia przodkom)

mayoi-bashi – machanie pałeczkami nad daniem podczas zastanawiania się, co wybrać

kaki-bashi – trzymanie miski przy ustach i wyjadanie pałeczkami resztek dania

saguri-bashi – mieszanie zupy pałeczkami

choku-bashi – nakładanie jedzenia ze wspólnej miski własnymi pałeczkami, zamiast pałeczkami do podawania jedzenia

tsuki-bashi – czyli nabijanie jedzenia na pałeczkę

mochi-bashi – trzymanie miseczki i pałeczek w jednej ręce

namida-bashi – trzymanie kawałka potrawy w taki sposób, że ścieka z niej sos

Japonia to kraj, w którym dbałość o kulturowe dziedzictwo przejawia się w praktycznie każdej sferze życia – począwszy od codziennych zajęć, aż po wielkie uroczystości. Posiłki traktowane są tam z ogromnym pietyzmem, a gotowanie to nieomal magiczny rytuał. Szanujmy to za każdym razem, gdy jemy sushi – nawet w pobliskiej domu galerii handlowej. Kto wie, czy gdyby nie ta dbałość o dorobek kulturowy mielibyśmy nadal możliwość skosztowania czegoś tak pysznego, jak sushi?

www.sushi-online.pl

www.wikipedia.pl

5
Lis

Czy język określa świadomość, czy świadomość określa język?

„To jest mój wujek” – właśnie tak przedstawilibyśmy na przykład brata matki lub ojca. Niegdyś w języku polskim w potocznym użyciu funkcjonowało rozróżnienie na wujka (brata matki) i stryjka (brata ojca), zaś żonę brata matki nazywano wujną lub wujenką, a żonę brata ojca — stryjenką. To był niezły misz-masz! Nowoczesność na szczęście uprościła nam nieco sytuację. Mieszkańcy Chin natomiast, którzy chcą mówić poprawnie, nadal są zobowiązani do komunikowania się na bardziej fundamentalnym poziomie. Język mandaryński nakazuje uściślać, czy wujek jest ze strony matki, lub ojca, czy jest to krewny, powinowaty, a jeśli jest to brat ojca, to nawet czy jest od niego starszy, czy młodszy.

Czy różnice te ograniczają się do zwykłej gramatyki? Sposób mówienia i myślenia o czasie wpływa na skłonność do pewnych konkretnych zachowań, jak donoszą najnowsze badania.

Prawo relatywizmu językowego

Prawo relatywizmu językowego, czyli teoria lingwistyczna, która zakłada, że używany przez człowieka język wpływa w mniejszym, lub większym stopniu na jego sposób myślenia. Wedle tej teorii różnice między językami sięgają również semantyki, czyli tego, co w językach wyrażane. Potocznie nazywa się ją hipotezą Sapira-Whorfa od nazwisk jej twórców, językoznawców: Edwarta Sapira i Benjamina Lee Whorfa. Sapir doszedł do wniosku, że wszystko to, co składa się na język – czyli słownictwo, poziom narracji i gramatyka – zmuszają osoby nimi mówiące do widzenia świata w specyficzny sposób. Różnorodność kultur rodzi rozmaitość języków, a język może być przewodnikiem po kulturze.

Ale czym to się je?

Autorka badań nad językiem, Lera Boroditsky, wykonała szereg testów, które w pewnym sensie potwierdzają teorię, że język, którym się posługujemy, wpływa na percepcję otaczającego nas świata. Różnice w postrzeganiu rzeczywistości i w języku, którego używamy jako ojczystego można wykazać już w tak podstawowych kwestiach, jak na przykład postrzeganie czasu i… zdolność oszczędzania pieniędzy. W języku polskim funkcjonują różne struktury gramatyczne w odniesieniu do różnych czasów: „wczoraj wiało”, „dzisiaj wieje”, czy „jutro będzie wiało”. W języku Chińskim w potocznym tłumaczeniu można wykazać, że podobnych struktur nie ma. Można powiedzieć zarówno „wiać jutro”, jak i „wiać wczoraj”. Ekonomista behawioralny Keith Chen zbadał i potwierdził tę intrygującą tezę. Omawiając przyszłość albo jakieś wydarzenie w przyszłości, języki, które wyraźnie odgraniczają czas przyszły, jako odrębną formę gramatyczną, oddzielają ją od teraźniejszości i traktują w dogłębnie innej kategorii. Gdy traktuje się przyszłość jako coś odległego i różnego od teraźniejszości, oszczędzanie stanie się trudniejsze. Z drugiej strony, w języku „bez” czasu przyszłego jego użytkownicy mają podobne podejście do teraźniejszości i przyszłości, co znacznie ułatwia im oszczędzanie.

Odmienność w postrzeganiu kierunków i relatywizmie stron również może być uwarunkowana językiem. Plemię aborygenów australijskich – Pormpuraaw – jeśli odnosi się do jakiegoś obiektu, nie lokalizuje go na „lewo”, lub „prawo”, ale raczej na „północ”, lub „południe”. Ci rdzenni mieszkańcy Australii nie tylko wiedzą instynktownie, gdzie są poszczególne kierunki świata, ale i również organizują i układają swój dobytek w kierunku od wschodu do zachodu.

Podejście do odpowiedzialności jest bardzo wyraźnym przykładem na to, jak bardzo język wpływa na percepcję rzeczywistości. W języku angielskim często spotykamy się ze stwierdzeniem „somebody broke a glass”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy „ktoś stłukł szklankę”. Anglicy automatycznie obarczają kogoś konkretnego winą, podczas gdy w języku polskim najczęściej mówimy „stłukło się”, rozmywając tym samym odpowiedzialność. Podobnie rozluźnione podejście do winy wykazuje język japoński, czy hiszpański. Badania pokazują, że to właśnie respondenci o angielskich korzeniach częściej zapamiętywali, kto dokonał szkód na pokazywanym im filmie, niż Japończycy i Hiszpanie.

Ludzka zdolność do rozróżniania kolorów również w pewnym sensie może być uwarunkowana językowo. Najlepszym przykładem na to jest grupa etniczna posługująca się językiem Zuni. W języku tym nie funkcjonuje rozróżnienie koloru żółtego i pomarańczowego, określa się je tym samym słowem. W rzeczy samej, plemię to ma faktyczne problemy z rozgraniczeniem tych kolorów od siebie. Rosjanie z kolei mają oddzielne słowa na jasnoniebieski (goluboy) i ciemnoniebieski (siniy). Według badania z 2007 roku użytkownicy rosyjskiego zauważają więcej niuansów i odcieni koloru niebieskiego, niż na przykład Anglicy.

A co na to tłumacze?

Zgodnie z teorią Sapira – Whorfa, nie jest możliwe przełożenie wyrażeń jednego języka na drugi bez utraty treści. W skrajnej odsłonie teorii można stwierdzić nawet, języki są nieprzekładalne. Świat kreowany przez użytkowników danego języka działa i istnieje tylko i wyłącznie właśnie w tym języku. Struktury jezykowe warunkuja postrzeganie, klasyfikowanie, sposoby ujmowania rzeczywistosci przez człowieka, wpływaja na jego stan swiadomosci i cechy myslenia o rzeczywistosci. W konsekwencji w samym jezyku zawiera sie do pewnego stopnia obraz swiata. Jako przykład relatywizmu językowego podaje się, za Whorfem na przykład brak słowa “kac” w języku włoskim czy np. capuccino w polskim. Język w niektórych odsłonach nie jest, jak widzimy, uniwersalnym systemem obejmującym wszystkich mówiących językiem naturalnym. Istnieją przecież gwary, socjolekty, regiolekty, żargony zawodowe, środowiskowe itd. W skrajnych interpretacjach dochodzi do tworzenia pojęcia “idiolektu”, czyli takiej odmiany języka, która jest charakterystyczna dla jednostki. Ludzie zaangażowani w rozmaite grupy zawodowe, rodzinne, koleżeńskie, wiekowe czy regionalne, mający takie czy inne wykształcenie mówią odmiennymi językami niż inni. Odmiana języka związana jest z grupą, która się danym językiem posługuje.

Teoria Sapira-Whorfa ulega jednak nieco pod naciskiem nawet potocznych obserwacji. Wszyscy wiemy, że języki są wzajemnie przetłumaczalne i możliwa jest koordynacja działań ludzi mówiących różnymi językami. Niemniej przekład może wymagać dogłębnej znajomości kultury danego społeczeństwa. Musimy również zauważyć, że wszystkie języki maja pewne wspólne cechy, umożliwiające ich tłumaczenie i porozumiewanie się. Są nimi tak zwane powszechniki kulturowe, uniwersalia językowe. Języki podlegają ciągłym przemianom z uwagi na zmiany społeczne, kontakty z obcymi kulturami i postęp cywilizacyjny, co w pewnym stopniu prowadzi do zacierania się między nimi pewnych granic, choć może nie wpływać tym samym równie wyraźnie na fonetykę, gramatykę i zabarwienie obrazowo-emocjonalne.

Biuro Tłumaczeń TRANSLAX doskonale wie, jak wiele jeszcze jest do zbadania w zakresie lingwistyki. Wciąż ewoluujące języki, społeczne uwarunkowania zmian, globalizacja – to wszystko przysparza badaczom co raz większej ilości teorii do zweryfikowania. Nie chcemy oceniać trafności teorii relatywizmu językowego. Analizy tych praw zostawiamy specjalistom – my zaś wracamy do tego, co robimy najlepiej – do tłumaczenia Waszych tekstów! 😉

Referencje:

http://online.wsj.com/news/articles/SB10001424052748703467304575383131592767868?mg=reno64-wsj&url=http%3A%2F%2Fonline.wsj.com%2Farticle%2FSB10001424052748703467304575383131592767868.html

http://www.jkn.uw.edu.pl/prace/jezykoznawstwo%20postmodernistyczne.htm

http://onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1111/j.1467-1770.1982.tb00973.x/abstract

http://psych.stanford.edu/~lera/papers/sci-am-2011.pdf

 

3
Lis

Rozejrzyj się wokół

Nie jest ważne, czy jesteś w biurze, w domu, w restauracji. Ile widzisz wokół siebie urządzeń mobilnych? Ile razy dziennie z nich korzystasz? Na pewno posiadasz telefon komórkowy, z dużym prawdopodobieństwem możemy przypuszczać, że jest to smartfon. Masz tablet? To urządzenie również zyskuje na popularności – powszechność tabletów zaczyna dorównywać popularności komputerów osobistych. W związku z tym rozwija się także i rynek usług, zarówno zintegrowanych z systemem operacyjnym, jak i niezależnych, takich jak serwisy internetowe w wersjach na urządzenia przenośne.

Gdy chcesz rozwijać swoją firmę musisz zwracać uwagę nie tylko na poszczególne aspekty swojej pracy, ale również na jej wizerunek i powszechność. Internet, a przede wszystkim nośność aplikacji mobilnych i stron internetowych dają Ci możliwości dotarcia z informacją o Twoim przedsiębiorstwie do nawet najodleglejszych zakątków świata. Główni dostawcy aplikacji, Google Play oraz Apple’s App Store to rynek kilku milionów programów użytkowych. Nie ukrywajmy – to ogromna, międzynarodowa konkurencja. Wiemy jednak co możesz zrobić, by zaistnieć i na tej płaszczyźnie.

Strony internetowe i aplikacje mobilne to najlepsza i najbardziej rozpowszechniana wizytówka firmy. Dzięki nim klient może zapoznać się z ofertą i profilem przedsiębiorstwa, niejednokrotnie jest to jego pierwszy kontakt z marką. Pierwsze wrażenie może być w tej sytuacji decydujące – ktoś, kto zrazi się do Twojego wizerunku zaraz na początku, nie będzie ponownie narażał się na nieprzyjemności. Dlatego zawsze podkreślamy jak ważna jest profesjonalna lokalizacja, zwłaszcza tych najpopularniejszych nośników informacji o przedsiębiorstwie. Świat urządzeń mobilnych zmienia się w zastraszająco szybkim tempie. Im więcej wersji językowych posiada Twoja strona, lub aplikacja, tym lepiej. Im szybciej reaguje na potrzeby rynku, tym więcej wejść i pobrań może uzyskać. Już podczas tworzenia aplikacji, czy strony internetowej, można je równolegle tłumaczyć – jest to najprawdopodobniej najlepsza i najszybsza opcja. Już chwilę po premierze w sieci, produkt będzie mógł dotrzeć do zagranicznych odbiorców.

Intuicyjna i poprzedzająca jakiekolwiek działanie funkcja zmiany języka jest sygnałem dla użytkownika i potencjalnego klienta, że wychodzisz naprzeciw jego oczekiwaniom. Właśnie w ten sposób zaczyna się budować dobre wrażenie rzetelnego i profesjonalnego biznesmena.

Nie tylko językiem angielskim człowiek żyje…

Faktem jest, że język angielski jest dominującym językiem w handlu międzynarodowym. Jest on też najczęściej nauczanym językiem obcym na świecie i prawdopodobnie w najbliższym dziesięcioleciu osiągnie rekordową liczbę dwóch miliardów uczniów. Niestety lokalizacja stron internetowych i aplikacji mobilnych nie może ograniczać się do języka angielskiego. Musimy mieć świadomość, że nie każdy klient mówi po angielsku. Co więcej – przy zapoznawaniu się z ofertą sprzedażową we własnym, ojczystym kraju, niektórzy nawet nie chcą mieć kontaktu z obcym językiem. Najlepiej tę zależność opisuje cytat:

„Jeśli sprzedaję coś tobie, to mówię w twoim języku, aber wenn du mir etwas verkaufst, dann muβt du Deutsch sprechen (ale jeśli chcesz coś mi sprzedać, musisz mówić po niemiecku).

Willi Brandt, kanclerz Niemiec

Ponadto, biegła znajomość języka angielskiego jest dzisiaj postrzegana w środowisku biznesowym jako standardowa umiejętność – na równi z obsługą komputera. Tłumaczenie naszych materiałów wyłącznie na język angielski nie jest dużym atutem i nie przyczynia się do szczególnego rozwoju firmy. Lokalizacja aplikacji i stron internetowych na języki azjatyckie otwiera nam drogę do nieomal połowy użytkowników Internetu. Według ostatnich badań rynku największa ilość użytkowników urządzeń mobilnych to Chińczycy – jest ich prawie czterokrotnie więcej, niż będących na trzecim miejscu w rankingu mieszkańców Stanów Zjednoczonych. W czołówce znalazły się jeszcze Indie, Brazylia i Rosja. Nie trudno zauważyć, że językiem angielskim jako ojczystym posługuje się wyłącznie jeden z tych krajów – warto przy tym wspomnieć, że Stany Zjednoczone zamieszkuje ponad 25 milionów hiszpańskojęzycznych obywateli. Widać teraz, jak bardzo mylne jest myślenie, że wyłącznie język angielski jest kluczem do sukcesu na międzynarodowym rynku.

Budowanie więzi z marką dla zagranicznych użytkowników jest trudne. Każde miejsce na świecie ma swoje preferencje, oczekiwania i zasady. Jeśli użytkownik urządzenia mobilnego nie rozumie aplikacji, lub strony internetowej – najzwyczajniej w świecie nie pobierze jej i nie będzie z niej korzystał.

Proste rozwiązania należą do najbardziej skutecznych

Prawidłowe i profesjonalne tłumaczenie aplikacji i strony internetowej to podstawowy krok do wkroczenia na rynek międzynarodowy. Ostatnie badania przeprowadzone przez App Magazine pokazują, że ukierunkowanie aplikacji na kraje nieanglojęzyczne takie jak Francja, Włochy, Japonia, Chiny i Rosja zwiększają ilość pobrań o 767%. Jak widać, podstawowy krok nie musi być w efekcie krokiem najmniejszym!

Lokalizacja aplikacji mobilnych to nie tylko zwykłe tłumaczenie. Za pewne wiecie już, że jest to dostosowanie do odbiorcy lokalnego zarówno tekstu, jak i grafik, dat, zdjęć, a nawet kolorów! W swej istocie, lokalizacja jest przede wszystkim tłumaczeniem z uwzględnieniem i zrozumieniem różnic. Najlepszym sposobem na zapewnienie wysokiej jakości lokalizacji jest wynajęcie wykwalifikowanego w danym zakresie tłumacza, który w danym języku komunikuje się na co dzień. Do prawidłowej lokalizacji aplikacji i stron internetowych potrzebna jest szeroka wiedza na temat kultury danego kraju. Gruntowne badania niuansów kulturowych przez inżynierów lokalizacji pomagają im dobrać odpowiednie kolory, a nawet układ strony, dla danej narodowości. Przykładowo Grecy i Japończycy wykazują większe zainteresowanie treścią, gdy jest ona przeplatana dużą ilością zdjęć, przy czym Skandynawowie preferują teksty bez obrazków. Już same kolory mają często istotne znaczenie: w Indiach minimalistyczny wystrój strony internetowej, z dużą ilością białego koloru może się nie przyjąć, ze względu na silne konotacje tego koloru ze śmiercią.

Lokalizacja, a wizerunek

Zachowanie spójnego wizerunku podczas lokalizacji aplikacji mobilnych jest z pewnością niełatwym do osiągnięcia priorytetem. Podczas, gdy forma strony, jej kolorystyka, treści ulegają przemianom związanym z wymaganiami odbiorców na całym świecie nietrudno wpaść w pułapkę. Lokalizacja narzędzi mobilnych to praca, którą polecamy pozostawić profesjonalistom. Inżynierowie lokalizacyjni pomogą odnaleźć się Twojej firmie pośród preferencji zagranicznych klientów zachowując tym samym jej unikalny charakter. Należy wówczas wyraźnie określić najistotniejsze atrybuty marki, które pozostaną niezmienione. Ponadto w treści strony i aplikacji warto wyodrębnić te frazy i słowa kluczowe, które są niezbędne do przekazania wiadomości związanej z marką i jej usługami, by całą mniej istotną na pozór resztę dostosować w procesie lokalizacji.

Zagubiony?

Nie przejmuj się, lokalizacja to naprawdę nic strasznego – przynajmniej dla Biura Tłumaczeń TRANSLAX. Służymy pomocą – wyślij nam swoje materiały źródłowe przez formularz kontaktowy, a my już w 15 minut bezpłatnie wycenimy Twoją lokalizację i pomożemy Ci zrobić pierwszy, duży krok na międzynarodowy rynek!

27
Paź

Wyobraź sobie…

Wyobraź sobie, że jesteś właścicielem dobrze prosperującego przedsiębiorstwa. Na rynku krajowym Twoja firma jest dosyć znacząca – Wasze produkty i usługi cieszą się dużym zainteresowaniem. Macie opinię solidnych i rzetelnych. Wszystko idzie zgodnie z planem. Zatrudniasz wielu wykształconych i doświadczonych ludzi, którzy znają zarówno specyfikę Waszej branży, jak i wiele języków. Postanowiłeś wkroczyć na międzynarodowy rynek i wiesz, że jedną z pierwszych rzeczy, które musisz zrobić, to tłumaczenie materiałów związanych z firmą i jej działalnością. Czy zlecasz swoim pracownikom lokalizację tych materiałów?

Czytaj więcej

21
Paź

„Multikulti”

Nawet krótka wycieczka za granicę naszego kraju konfrontuje nas z czymś, co jest dla nas obce i nierzadko niezrozumiałe. Inny język, klimat, jedzenie, ale przede wszystkim – inna kultura i różni od nas ludzie. Mimo, że każdy człowiek jest de facto inny, to można pośród zachowań i sposobów bycia wyróżnić wspólny mianownik dla danych narodowości. Przykładowo: łatwiej znaleźć nam cechy wspólne dwóch przypadkowych Niemców, niż losowo wybranych mieszkańców Ameryki Południowej i Japonii. Czy w międzynarodowych relacjach biznesowych spotykasz zachowania i sytuacje, które wydają Ci się dziwne i niezrozumiałe? Pewnie wpadłeś we właśnie taką kulturową przepaść, z której trudno wygrzebać się bez odpowiedniej wiedzy.

Czytaj więcej